artykuł pochodzi z:

WIEŚCI ŁOPUSZNA -wrzesień 2013




Natalia Machałowa

OCALIĆ OD ZAPOMNIENIA

23 września 2013 roku przyjmuję zaproszenie na niezwykłe spotkanie. Siedzę przy stole w saloniku łopuszańskiej plebanii z niezwykłym człowiekiem. Niezwykłych, choć bardzo prawdziwych słucham opowieści. Z opowieści tych wyłania się dwoje bohaterów. Jednym z nich jest ów człowiek niezwykły, z którym siedzę przy stole, ksiądz Józef Wojda, zakonnik z Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej, misjonarz. Drugą bohaterką jest kobieta niezwykła, jego nauczycielka Natalia Żurowska – Machałowa, której nie ma już wśród żywych, ale której duch dzięki barwnym opowieściom ucznia ożywa naprawdę.

Ksiądz Józef Wojda, rocznik 1930, wspomina swoje szkolne lata, które przypadły także na czas wojny i okupacji. Przywołuje z pamięci ludzi, którzy uczyli go i wychowywali, którzy, nie ukrywa tego, zasadniczo wpłynęli na jego los. „Nie byłbym księdzem, nie byłbym tym, kim jestem, gdyby nie pani Natalia. Była świętym człowiekiem.” – mówi ksiądz Wojda. W ustach kapłana, który słów takich nie nadużywa, epitet „święty człowiek” jest największą, wyjątkową pochwałą.

Oprócz mnie opowieściom księdza przysłuchują się: pan Stanisław Machała – syn pani Natalii Żurowskiej, pan dr Piotr Starzyk, który przygotowuje publikację naukową na temat tajnego nauczania w Łopusznie, pani Jolanta Kuklińska – nauczycielka z Zespołu Szkół Ogólnokształcących nr 8 w Kielcach, patronką jej szkoły jest Natalia Żurowska – Machałowa, pani Wanda Nowak prezes Zarządu Międzygminnego Powiatu Kieleckiego ZNP- inicjatorka upamiętnienia nauczycieli zaangażowanych w tajne nauczanie oraz gospodarz spotkania, ksiądz proboszcz Ireneusz Jakusik – człowiek, którego autentycznie fascynuje historia naszej małej ojczyzny i który zabiega, by ocalić ją dla następnych pokoleń.

Uczestnicy spotkania na plebanii

Uczestnicy spotkania na plebanii

To ciekawe, że spotykamy się w miejscu, które było niemym świadkiem tych ważnych wydarzeń sprzed dziesięcioleci, w nowej plebanii, która powstała tu, gdzie wcześniej rosły dorodne jabłonie księdza kanonika Aleksandra Jankowskiego, gdzie zbierały się dzieci na tajnych kompletach, bo sad pachnący kwieciem bądź dojrzałymi jabłkami często zastępował im szkolną izbę.

Ksiądz Józef Wojda, jeden z dziewięciorga dzieci Franciszka i Bronisławy Wojdów, człowiek dziś 84 – letni, o szczupłej, drobnej sylwetce, z posiwiałymi skroniami przenosi nas w czasy, gdy był zwykłym, wiejskim chłopcem z Zasłońca, gdy był małym Józkiem.

„Nie masz teraz prawdziwej przyjaźni na świecie”. Uczniowie jednej z początkowych klas Szkoły Powszechnej w Łopusznie omawiają wiersz Adama Mickiewicza „Przyjaciele”. Opowiadają historię Mieszka i Leszka. Nagle do klasy wkracza Jan Rubik – kierownik. Ustają szmery i poszturchiwania. W klasie cisza, że usłyszeć można brzęczenie muchy. Nauczycielka nie potrafi ukryć zdenerwowania. Czego zapyta kierownik? Jak popiszą się jej uczniowie?

Kierownik prosi, aby dzieci zacytowały morał Mickiewiczowskiej bajki. Wskazuje jedno. Nie wie. Drugie próbuje odpowiadać, też źle. Kierownik nie jest zadowolony. Nie potrafi nawet Henio Bańbura z Czałczyna, taki dobry uczeń. Dzieci opowiadają zakończenie utworu, ale żadne nie potrafi zacytować. Nauczycielka na przemian to czerwienieje, to blednie. Nagle kierownik wskazuje małego chłopca z pierwszej ławki i mówi do nauczycielki: „Ten będzie wiedział”. Drobny uczeń wstaje i recytuje: „Powiedział mi – rzekł Mieszek – przysłowie niedźwiedzie, że prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie”. Brawo! Józek Wojda z Zasłońca uratował honor klasy.

Niedługo po tym wydarzeniu w jesienny, dżdżysty dzień do Wojdów w Zasłońcu zawitał niespodziewany gość. Jan Rubik właśnie. Pan nauczyciel. Pan kierownik. Przyszedł w kaloszach, bo plucha straszna była na dworze. Długo nie rozmawiał, ale to co powiedział, zaważyło być może na losie małego Józka: „Proszę pana – zwrócił się do Franciszka Wojdy – proszę uczyć tego chłopca, nie wolno go panu zaniedbać”.

A wiedzieć trzeba, że mimo wprowadzenia w niepodległej Polsce obowiązkowej dla każdego szkoły powszechnej, wiejskie dziecko drogę do szkoły ma trudną. Po pierwsze, musi pracować, pomagać w polu na miarę lub ponad swoje siły. Wiosenne i jesienne prace polowe są ważniejsze niż szkoła. Zima, gdy nie ma pracy w polu, też nie sprzyja chodzeniu do szkoły. Trzeba mieć przecież ciepłe odzienie i co najważniejsze – buty. A tego w wiejskich rodzinach brakuje. Po drugie, świadomość polskiego chłopa o konieczności edukowania dzieci jest generalnie niska. Dlatego dzieci przed wojną często kończą tylko cztery klasy. Nie rozwijają się nawet te bardzo zdolne i utalentowane.

Za okupacji wiejskim rodzinom żyje się jeszcze gorzej. Jest bieda. Brakuje chleba. Mały Józek wspomni po latach, że miał szczęście. W jego rodzinie był chleb. Wysyłano go do szkoły nawet zimą, gdy śniegi zawiały drogi. Pomimo że z Zasłońca do Łopuszna nie jest przecież daleko, jednego roku, gdy zima była szczególnie ciężka, rodzice umieścili Józka na stancji u Palaczów na Górkach Łopuszańskich.

Zdarzyło się też tak, że razu pewnego podczas srogiej i mroźnej zimy zjawił się w szkole …sam. Nauczycielka wysłała go z powrotem do domu. Szkolne budynki rzadko były opalane. Uczniowie siedzieli w izbach lekcyjnych okutani w ojcowe kufajki, dziewczęta otulały się zapaskami. Przytulali się w ławkach do siebie, żeby było cieplej. Józek przez to gorliwe chodzenie do szkoły nawet w najtęższe mrozy odmroził sobie uszy i nos. Do dziś są czerwone. Gdy jest już dojrzałym człowiekiem, koledzy często żartują z jego nosa, a przyczyn purpury tej części ciała upatrują zupełnie gdzie indziej.

Józef lubi chodzić do szkoły. Nauka sprawia mu przyjemność i przychodzi łatwo. Lubi swoje nauczycielki z klas młodszych: Zofię Golkę, Bogusławę Czudec, Eugenię Kucharską. Ceni je za cierpliwość i serdeczność. Jest nimi, jak powie po latach, zachwycony.

Dlatego Józek nie przerwie nauki. W zdobywaniu wiedzy, realizowaniu ambicji, nieśmiałych na początku, nie przeszkodzi nawet wojna i okupacja.

A wraz z wybuchem II wojny światowej diametralnie zmienia się sytuacja polskiej oświaty. Władze niemieckie zabraniają funkcjonowania szkół średnich, ogólnokształcących i wyższych. Nauka literatury polskiej, historii i geografii jest niedopuszczalna. Według zarządzenia głównego wydziału do spraw kultury Urzędu Generalnego Gubernatorstwa konfiskacie ulec mają podręczniki do nauczania tych przedmiotów.

W większych ośrodkach, głównie w miastach, bardzo szybko, początkowo spontanicznie, powstaje jednak tajne nauczanie, które kształci dzieci i młodzież na poziomie średnim i wyższym, realizując programy nauczania obowiązujące przed wojną. Tajne nauczanie rozwija się także w Łopusznie. Założycielką tajnych kompletów w Łopusznie jest młoda nauczycielka, absolwentka Prywatnego Seminarium Nauczycielskiego Żeńskiego im. Królowej Jadwigi w Kielcach, Natalia Żurowska. Przybywa do Łopuszna w listopadzie 1939 roku. Ona, podobnie jak wcześniej Jan Rubik, wpłynie na losy drobnego chłopca z Zasłońca.

W ubiegłym roku szkolnym mały Józek siedział jeszcze w ławce ze swoim niemieckim kolegą, synem kolonistów, jakich wielu mieszkało w okolicach Łopuszna. Wrzesień 1939 roku wszystko zmienił. Dzieci niemieckie zajęły duży, nowy budynek przy ulicy Strażackiej, dzieci polskie przeniesiono do o wiele mniejszego, starszego, stojącego tuż przy ulicy. Obie szkoły odgrodzono. Dzieciom zakazano kontaktów, ale one oczywiście istniały. Gdy w pobliżu nie było nauczycieli, chłopcy skwapliwie korzystali z możliwości bezkarnego zaczepiania się. Były hece, wyzwiska, plucie. A tak niedawno jeszcze wspólna gra w piłkę na szkolnym boisku… Józek unikał kontaktów z niemieckimi dziećmi. Obawiał się konfliktu, tym bardziej, że sąsiadami ojca były dwie niemieckie rodziny. Należały do narodu okupantów. Nie darzono ich zaufaniem, zachowywano wobec nich dystans i daleko posuniętą ostrożność. A Wojdowie z Zasłońca mieli się czego obawiać.

Jak-duchowny z duchownym…

Jak-duchowny z duchownym…

Syn Edward, starszy od Józka miał nakaz wyjazdu do Niemiec. Nie pojechał. Ukrywał się w domu na strychu. Wieczorami tylko schodził do rodziny. Uczył się, zdawał w Kielcach eksternistyczne egzaminy na tajnych kompletach w Liceum Stefana Żeromskiego. Razem z drugim bratem Felkiem należeli do AK. Podczas jednego z wyjazdów do miasta Edward wpadł podczas ulicznej łapanki. To było już pod koniec wojny. Znalazł się potem w Westfalii w Niemczech. W Paryżu ukończył polskie seminarium. Na kapłana wyświęcał go późniejszy papież Jan XXIII. Z Józkiem spotkali się po 13 latach w Rzymie. Józek jechał do Brazylii, brat przybył z Belgii. O czym mogą rozmawiać dwaj bracia, dwaj kapłani po kilkunastu latach rozłąki? Może wśród innych wspomnieli i to zdarzenie:

Droga z Zasłońca do Sarbic wydaje się nie mieć końca. Przypieka słońce. Bose nogi małego chłopca wytrwale pokonują jednak ścieżki wśród pól. Dziecko czuje się wyróżnione misją, którą powierzyli mu ojciec i starszy brat Edward. Pod pazuchą chłopiec niesie książki. Ma je oddać nauczycielstwu w Sarbicach. Weźmie inne, z których uczyć się będzie brat. W progu domu wita go nauczycielka Stanisława Majcher. Jest ciepła i serdeczna. Zaprasza do środka. Sadza przy stole, który przykryty jest białym obrusem, stawia przed chłopaczyną filiżankę z parującą herbatą. Do pokoju wchodzi Stefan Majcher i mierzwi czuprynę chłopca. Józek chowa pod stołem nieobute stopy, zawstydzony gościnnością gospodarzy. Rozmawiają z nim serdecznie, mówią tak pięknie. Kultura tej pogawędki, niezwykłość przyjęcia zapadnie w sercu chłopca na długo. Chce zbliżyć się do tego świata, w którym żyją tacy ludzie. A droga do niego jedna – nauka.

W plebańskim sadzie gwar. Orkiestrze pszczół uwijających się wśród koron drzew pokrytych biało – różową pierzynką towarzyszą śmiechy rozbrykanych dzieci. Dwie dziewczynki w tym towarzystwie zawsze trzymają się razem, są spokojniejsze. Za to chłopcom nie brakuje energii do swawoli. W harcowaniu wyróżnia się Baltazar. Czuje się w obejściu plebanii najpewniej, jest właściwie u siebie, siostrzeniec proboszcza Jankowskiego. Zabawy ustają, kiedy wśród drzew pojawia się znajoma dziewczęca sylwetka. Pani nauczycielka. Pani Natalia Żurowska. Nie ma zwyczaju wchodzić od frontu plebanii. Z mieszkania u Bajków na Górkach Łopuszańskich do sadu otaczającego plebanię zakrada się przez dziurę w ogrodzeniu nieopodal kapliczki na Kieleckiej. Lubi zaskakiwać dzieci. A może nie lubi rzucać się w oczy w ten mroczny czas okupacji?

Jedno spojrzenie na gromadkę i wie, że przyszli wszyscy: jest Krystyna Krechowicz, córka nauczycieli z Józefiny, Tereska Krogulec z Łopuszna, są chłopcy: Henio Bańbura z Czałczyna, Marian Krawczyński z Dąbrowy, Baltazar Skrobisz, proboszczowy siostrzeniec, drobniutki Józio Wojda z Zasłońca i Marian Zawada, syn leśniczego wysiedlonego z Poznańskiego. Drugi tajny komplet z Łopuszna. Pierwsza klasa gimnazjum. Rok szkolny 1943/44. Do południa razem z innymi uczniami realizują zatwierdzony przez władze okupacyjne program klasy siódmej, potem spotykają się potajemnie, by przerabiać treści z zakresu gimnazjum. W następnym roku szkolnym do grupy tej dołączą jeszcze inni uczniowie.

Dzieci kochają swoją panią. Jest dobra i mądra. Młoda i ładna. Jej pojawienie się w Łopusznie jest dla wielu z nich prawdziwą Bożą Opatrznością. Wykształcona dziewczyna wnosi w senną osadę powiew świeżości, pokazuje, co kryje się za horyzontem, rozbudza drzemiące w wiejskich dzieciach marzenia i ambicje. Józek Wojda może jeszcze nie wie wtedy, że chce być księdzem. Ale wie, że jego marzenia są śmiałe jak na wiejskiego chłopca, na pewno przerastają większość pragnień chłopskich dzieci. Uczy się, pasąc krowy. Pilnując, by bydło nie weszło w szkodę, śledzi losy Sienkiewiczowskich bohaterów i jest ciekawy, co znajduje się za horyzontem.

Budynek szkolny jest ciasny, więc lekcje odbywają się też na wikariacie. Zimą hula tam wiatr, a przez cztery pory roku harcują myszy. Gnieżdżą się pod dziurawą podłogą i często wystawiają głodne pyszczki ze swych norek. Dla sprytnych chłopców cóż to takiego złapać mysz? Spragnieni zabawy łapią ich całe gromady. Na co mysz zdać się może? Ano można ją koleżance do płaszczyka włożyć. Toteż urządzają takiego psikusa dziewczynkom. Pisków, spazmów, wrzasków, histerii nawet jest potem co niemiara. Ale psikusa takiego pamięta się nawet, gdy pół wieku i więcej przeminie.

Tajny komplet zbiera się prawie codziennie. Zazwyczaj po zakończeniu oficjalnych lekcji jest dodatkowa godzina lub więcej. Uczniowie uczą się treści zakazanych przez władze okupacyjne. Zdobywają wiedzę na poziomie gimnazjalnym, przygotowują się do zdania w przyszłości matury. Zapału do nauki im nie brakuje. Czy zdają sobie sprawę z niebezpieczeństwa, które im grozi? Być może. Wojna przecież sprawia, że dojrzewa się szybciej. Wojna w brutalny sposób skraca beztroskie dzieciństwo. Z pewnością nauka na tajnych kompletach jest też piękną, ale niebezpieczną przygodą. Towarzyszy jej dreszczyk emocji, świadomość, że współuczestniczy się w czymś ważnym, niekoniecznie tylko dla siebie. Może także dla Ojczyzny?

Ksiądz Wojda przechowuje jako cenną pamiątkę obrazek, który ofiarowała mu dawna wychowawczyni…

Ksiądz Wojda przechowuje jako cenną pamiątkę obrazek, który ofiarowała mu dawna wychowawczyni…

Dedykacja…

Dedykacja skreślona ręką pani Natalii, kilka miesięcy przed śmiercią…

Zajęcia odbywają się w różnych miejscach: na plebanii, wikariacie, na Kościółku. Nawet w stodole nieopodal Sarbic. Józek zapamiętał dobrze taką lekcję, gdy z kolegami siedzieli na snopkach zboża. Wiadomości o tym, gdzie się spotykają z nauczycielem, uczniowie przekazują sobie pocztą pantoflową. Trudno jest o wszystko. Podręczniki sprzed wojny są na wagę złota. Trzeba pożyczać sobie nawzajem. Ciężko o zeszyty. Wydają się zbytkiem, gdy brakuje na chleb.

Pani Natalia lubi zabierać swoich uczniów na wycieczki. Podczas takich wypraw, na przykład na Perzową Górę, też prowadzi wykłady. Potrafi pięknie opowiadać. W jej opowieściach ożywają królowie i bohaterowie książek. Umie zaszczepić dzieciom miłość do literatury i historii – tych przedmiotów naucza. Poza tym jest harcerką. Mały Józek pamięta zorganizowany przez nauczycielkę pierwszy obóz harcerski w okolicach Bolmina. W jego przygotowanie angażował się także Aleksander Golka, kierownik szkoły z okresu okupacji. Języka polskiego i historii uczy ukochana nauczycielka, Natalia Żurowska. Jadwiga Przeniosło matematyki i fizyki. Bardzo surowa i wymagająca jest Izabela Gwarda, żona przedwojennego granatowego policjanta. Uczy także Mieczysław Stęplewski, przybyła z Warszawy pani Latało, która straciła podczas wojny dwóch synów, niemiecki wykłada pani Chlewicka.

Dobrym duchem łopuszańskiej oświaty, tej oficjalnej i tej tajnej jest ksiądz kanonik Aleksander Jankowski. Przede wszystkim udostępnia pomieszczenia. Plebania i jej otoczenie wydają się bezpieczniejsze od innych miejsc. Dlatego ogromnym wstrząsem dla mieszkańców jest wiadomość o aresztowaniu księdza Jankowskiego. Nastąpiło ono 19 marca 1942 roku. Gestapo z Kielc oraz policja SS i żandarmeria z Łopuszna oprócz księdza aresztowała także: wójta Władysława Kaczmarczyka, sekretarza gminy Romana Przeniosło, wspomnianego wcześniej Jana Rubika i innych.

Parafianie mocno przeżywają aresztowanie księdza Jankowskiego. To jakby zabrać dzieciom ojca. Jednego razu tata mówi do Józka i jego młodszej siostry: „Ubierajcie się.”. „A dokąd idziemy, tato?”. „Zobaczycie.” Poszli do Łopuszna, na ulicę Włoszczowską, gdzie zamknięty w „kozie”, jak nazywano areszt, przebywał ksiądz proboszcz. Leżał tam na łóżku w ciasnym, ciemnym pomieszczeniu. Zgaszony, smutny, zmartwiony. Dzieci pocałowały go w ręce. Ksiądz wzruszył sie tymi odwiedzinami, głaskał Józka i jego siostrę po głowie.

Wkrótce wszystkich aresztowanych przewieziono do Kielc, skąd część trafiła do obozów koncentracyjnych. Księdza Jankowskiego na szczęście uwolniono.

U Wojdów na Zasłońcu dobrze zapamiętano Boże Narodzenie tego roku, gdy aresztowano księdza proboszcza. Rodzina siedzi przy wigilijnym stole, gdy do drzwi ktoś puka. To służąca z plebanii z koszem pełnym smakołyków. „To za to, żeście odwiedzili księdza w kozie” – mówi.

Co jakiś czas uczniowie z tajnych kompletów zdają egzaminy przed specjalną komisją, żaden bowiem z nauczycieli uczących w Łopusznie nie posiada uprawnień do nauczania w szkole gimnazjalnej. Przyjeżdża egzaminator z Kielc. Jest to z reguły jeden nauczyciel, więcej wzbudziłoby niepotrzebne podejrzenia, poza tym trzeba zadbać o transport i sfinansować go. Miejsce egzaminu to mieszkanie pani Natalii. Uczestnicy tych zdarzeń, świadomi zagrożeń, zachowują dużą ostrożność.

Wystawiają „czujki”, by zaalarmować w razie niebezpieczeństwa, gdyby nieoczekiwanie pojawili się żandarmi

LIST…

List wysłany przez ks. Wojdę z Maroka do pani Natalii Żurowskiej Machałowej…

Egzaminom towarzyszą emocje. Pamięta się je nawet po upływie ponad półwiecza. Jeden z takich egzaminów Józek zdawał śpiewająco, ale poległ na łacinie. Dziś 84 – letni, wielebny ksiądz Józef pamięta, jak mały Józek nie potrafił poprawnie odmienić rzeczownika „siostra”. Nasz bohater przed łaciną nie uciekł i w przyszłości nauczył się jej doskonale. Raz, że była ona wcześniej nieodłącznym elementem solidnego wykształcenia, dwa, ponieważ został duchownym i na początku swojej kariery kapłańskiej używał języka łacińskiego jako języka liturgii mszalnej. Klasyczna łacina stanowiła także dla niego mocny fundament do nauki innych języków, których jako misjonarz poznać musiał kilka.

Łaciny uczy dzieci ksiądz Lucjan Czechowski. Nietuzinkowa postać, wielki przyjaciel dzieci i młodzieży, mocno zaangażowany w tajne nauczanie. Pani Natalia z miejsca znalazła w nim bratnią duszę. Szybko się zaprzyjaźnili. Może to osoba młodego, odważnego kapłana sprawiła, że w Józku zakiełkowała myśl, by w przyszłości pójść w jego ślady?

Nauczyciele uczą dzieci na tajnych kompletach, narażając się na wielkie niebezpieczeństwo. Z oczywistych racji nie dostają za swoją pracę żadnego wynagrodzenia od władz. Rodzice starają się im w jakiś sposób odwdzięczyć. O pieniądze na wsi jest trudno, dlatego jest to najczęściej gratyfikacja w naturze. Józek pamięta, jak pewnego razu matka woła go i wręczając dorodnego koguta, mówi: „Masz, zanieś swojej pani Żurowskiej”.

W okresie letnim i jesiennym uczniowie wykonują obowiązkowe prace polowe na rzecz Niemców. Dzieci z Łopuszna chodzą z panią Natalią „na dworskie”, na pola ciągnące się od ulicy Koneckiej do Wielebnowa. Pracują przy żniwach, kopaniu ziemniaków i marchwi. Nie jest to praca ponad siły, zawsze też można sobie wziąć trochę zboża. Józek pamięta jak razu pewnego z Marianem Krawczyńskim, tak bez pozwolenia, przywłaszczyli sobie trochę marchwi. Gdy po latach spotkał się z kolegą, ten mu przypomniał: „Zobacz, Józek, kradliśmy marchew z dworu, a teraz tyś został księdzem”.

Józek został księdzem, kariery w hierarchii duchownej jednak nie zrobił. Według teorii księdza Zioło, wikariusza z Łopuszna, zbyt mało był bity w dzieciństwie. Kary cielesne w szkole w czasach, gdy nasz bohater uczęszczał do niej i jeszcze długo potem, były czymś normalnym. Za krzywe literki, nieodrobioną pracę domową, złe zachowanie można było dostać po łapach. Popularne były razy tzw. trzcinką. W dyscyplinowaniu w ten sposób uczniów celował właśnie ksiądz Zioło. Tak powiedział razu pewnego do małego Józka, gdy ten zasłużył sobie na karę: „Ojciec mnie lał i zostałem księdzem, a gdyby mnie lał więcej, zostałbym biskupem.”

Ksiądz Józef Wojda biskupem nie został, ale jego kapłańskie życie o ileż ciekawsze jest od życia niejednego biskupa. 16 lat w Brazylii, 14 lat na Białorusi – w tych krajach pobudował kościoły. Maroko, Węgry, Irak, Wybrzeże Kości Słoniowej, Australia. Pracował wśród Polonii. Szerzył polskość, podtrzymywał narodowe tradycje i język wśród rzuconych na obczyznę Polaków. Choć w inny sposób, uczył polskiego i historii jak kiedyś jego ukochana nauczycielka. Po latach napisał do niej z Maroka piękny, pełen wdzięczności list. Za zgodą księdza publikuję go w całości. Wzruszył mnie bardzo, a najbardziej słowa: „ …swoje panieńskie lata i serce dziewczęce poświęciłaś nam, chłopskim, wiejskim dzieciom”

Józek Wojda, drobny chłopiec z Zasłońca zobaczył, co kryje się za horyzontem ojcowego pola. A to, co zobaczył, amazońskie dżungle, piaski Maroka, bezkresy Australii, warte są kolejnych opowieści.

Agnieszka Palacz

WIEŚCI ŁOPUSZNA, nr 3/2013

Za konsultację historyczną dziękuję panu dr. Piotrowi Starzykowi. Podczas pisania artykułu korzystałam z następujących publikacji: E. Oleksiewicz, Z. Iwanek Conservatio pro memoria… – zachowanie ku pamięci, „Wieści Łopuszna”, nr 12. Wioletta Dudek, Fragment monograficznej pracy magisterskiej na temat historii LO w Łopusznie w: Zespół Szkół im. Jana Pawła II w Łopusznie. 90 lat Szkoły. E. Oleksiewicz, Natalia Żurowska – Machałowa. Tamże.









Kliknij by powrócić do nadrzędnej strony